Patent na terapię psychodeliczną: spór o psylocybinę
Czy można opatentować terapię psychodeliczną? Spór wokół patentów firmy COMPASS na psylocybinę odsłania napięcie między inwestycjami a dostępnością.
Czy można opatentować terapię, w której główną rolę odgrywa substancja występująca w naturze od tysięcy lat? To pytanie stało się jednym z najgorętszych sporów wokół powrotu psychodelików do medycyny. Symbolem debaty stała się firma COMPASS Pathways i jej starania patentowe związane z psylocybiną.
Czego właściwie dotyczą patenty
Sama psylocybina jako naturalny związek nie może być czyjąś wyłączną własnością. Prawo patentowe pozwala jednak chronić konkretne wynalazki z nią związane, na przykład:
- określone syntetyczne postacie i formy krystaliczne substancji,
- metody wytwarzania i oczyszczania,
- konkretne formulacje i sposoby podania,
- niekiedy elementy protokołu terapeutycznego.
To właśnie ostatni obszar wzbudził największe kontrowersje, gdy pojawiły się doniesienia o próbach obejmowania ochroną zaskakująco ogólnych aspektów samej terapii.
Spór wokół COMPASS
COMPASS Pathways to komercyjna firma rozwijająca ustandaryzowaną terapię z użyciem psylocybiny w depresji lekoopornej. Jej — zdaniem krytyków — agresywna strategia patentowa wywołała falę dyskusji. Obawiano się, że opatentowanie szeroko zakrojonych elementów terapii mogłoby dać jednemu podmiotowi nadmierną kontrolę nad całym polem, utrudniając pracę innym badaczom, klinicystom i mniejszym organizacjom. Zwolennicy firmy odpowiadali, że bez ochrony własności intelektualnej trudno przyciągnąć kapitał potrzebny na kosztowne, wieloletnie badania kliniczne.
Argumenty za patentami
Ekonomiczna logika patentów jest realna. Doprowadzenie leku do rejestracji pochłania ogromne środki, a inwestorzy oczekują, że nakłady da się kiedyś odzyskać. Patenty:
- tworzą zachętę do finansowania drogich badań,
- wspierają standaryzację i kontrolę jakości,
- pomagają przejść przez wymagający proces rejestracyjny.
W tym ujęciu ochrona własności intelektualnej jest ceną, którą płacimy za to, by obiecujące terapie w ogóle powstały i były bezpieczne.
Argumenty przeciw
Druga strona wskazuje na koszty społeczne. Monopol może podnosić ceny i ograniczać dostęp pacjentom, którzy najbardziej terapii potrzebują. Pojawia się też zarzut „grodzenia wspólnego dobra” — obejmowania własnością prywatną czegoś, co przez wieki należało do ludzkiego dziedzictwa, w tym do tradycji rdzennych. Krytycy pytają, czy wypada patentować rozwiązania tak podstawowe jak spokojne wnętrze, kojąca muzyka czy obecność wspierającego terapeuty, skoro elementy te znane są od dawna.
Odpowiedź świata otwartej nauki
W reakcji na te obawy rozwinął się nurt otwarty. Część badań prowadzą organizacje nienastawione na zysk, które chcą, by wiedza o psylocybinie pozostała szeroko dostępna. Powstają też inicjatywy dokumentujące tak zwany stan techniki, czyli wcześniejszą wiedzę, aby zapobiegać patentowaniu rzeczy oczywistych lub od dawna znanych. Ich celem jest utrzymanie równowagi: umożliwić rozwój terapii, a zarazem nie pozwolić, by kilka podmiotów zamknęło całe pole za murem opłat licencyjnych.
Stawka: dostęp i sprawiedliwość
Spór o patenty nie jest akademicki. Rozstrzyga się w nim, na jakich warunkach — i dla kogo — ewentualne terapie psychodeliczne będą kiedyś dostępne. Idzie o ceny, o to, kto będzie mógł je oferować, i o to, czy pamięć o kulturowych korzeniach tych substancji zostanie uszanowana. Trzeba przy tym pamiętać, że psylocybina pozostaje w wielu krajach substancją nielegalną, a opisywane terapie prowadzi się na razie głównie w ramach badań. Jak ułożyć relację między słusznym interesem inwestorów a dobrem wspólnym, pozostaje jednym z kluczowych pytań całej dziedziny.
Tekst ma charakter edukacyjny i nie stanowi porady medycznej.